Food Lifestyle

Warszawa składa wizytę Cardiff!

5 marca 2017

Dzisiaj na blogu wielkie zmiany, zaczynam prowadzić go w całości po Polsku, więc moja cudowna rodzicielka będzie miała okazję komentować każdy post – najwierniejsza fanka! Na co dzień nie mam zbyt wielu możliwości pisania czy rozmawiania po polsku, i co tu dużo mówić, bardzo za tym tęsknię. Mam nadzieję, że dla wielu z was będzie to coś interesujące czytać zapiski z innego kraju. Nie żeby ta rzeczywistość jakoś bardzo się różniła od tej naszej polskiego!

Ostatnio odwiedził mnie ktoś, kogo znam od dziecka. Warszawa złożyła wizytę Cardiff, więc musiałam zaplanować kompaktowe kilka dnia w stolicy Walii, nie zobaczyłyśmy nawet połowo! A co gorsze nie spróbowałyśmy nawet jednej czwartej smakołyków, które zdecydowanie są warte spróbowania! No cóż, wymówka do kolejnej wizyty, nie ma tego co by na dobre nie wyszło. Mała fotorelacja w dalszej części postu. 

Piątek był bardzo intensywny, o trzeciej w nocy odbierałam Zuzę z dworca, a o siódmej rano byłyśmy już w podróży do Bristolu, gdzie możecie podziwiać piękne murale. Wiem, że nie każdy jest fanek ‚street art’, ale w Bristolu jest to pięknie wkomponowane w miejską architekturę, nadaje to charakteru i pazura wielu budynkom. Jeśli słyszeliście o Banksy, brytyjskim street artyście to dobrą wiadomością jest, że z łatwością można podziwiać jego prace w Bristolu. Poniżej możecie zobaczyć kilka murali ze popularnego punktu Bearpit. 

Będąc w Bristolu nie mogłyśmy przegapić brytyjskich ‚pie’ z frytkami z batatów i coleslaw’em. Zuza wybrała wersję z mięsem z jelenia, a ja będąc na diecie pokusiłam się o wersję wegetariańską z kozim serem. Pieminster – pychota! Nawet mój tata, który jest świetnym kucharzem ocenił je na plus podczas wizyty w zeszłym roku. Widzieliście coś podobnego w Polsce? Zastanawiam się czy mamy jakiś nasz krajowy duplikat, ale nic nie przychodzi mi do głowy. 


Po powrocie z Bristolu byłyśmy bliskie omdlenia, co tu dużo mówić – odmarznięte palce i nogi wchodzące w tyłek! Ledwo co złapałyśmy za klamkę do drzwi, a już musiałyśmy gonić do samochodu, bo miałyśmy bilety na Ghost Walk! Niestety w nocy, nie da się tam dojechać komunikacją miejską, co może być utrudnieniem dla niektórych. Poprzednio byłam na dwóch innych atrakcjach tego typu – w Llandaff i w Zamku Cardiff, tym razem wybrałam Muzeum Narodowe St. Fagans, które za dnia jest świetne na długie spacer z historyczną nutą. Mieści się tam również piękna Elżbietańska rezydencja z 16 wieku. Niestety po Darcy’m ani widu, ani słychu, ale i tak polecam, szczególnie w czasie lata, ponieważ tamtjsze ogrody wyglądają cudownie. No, ale wracając do ‚spaceru duchów’, jak zwykle się nie zawiodłam, budynki w nocy mają upiorną atmosferę, a opowieści przewodnika przyprawiają o gęsią skórkę. Polecam tym, którzy lubią dreszczyk emocji. Zdjęć niestety nie mam, bo było ciemno, a ja nie chciałam przeszkadzać innym uczestnikom wycieczki. 

W sobotę; po piątku pełnym przeżyć wyruszyłyśmy na zakupy, chciałam, żeby Zuza spróbowała kilku smakołyków, które nie są dostępne w Polsce. Na pierwszy ogień poszło oreo smażone na głębokim tłuszczu. Szkocja ma swoją wersje – Marsy, może ktoś próbował? Nie brzmi to zbyt zachęcająco, ale jest przepyszne! Shhh, przestań myśleć o kaloriach! 

Cukru było nam mało, więc ruszyłyśmy w kierunku miejskiego marketu pełnego smakołyków – tam zawsze można dostać świeżo wypiekane Welsh Cakes i scones, albo kupić owoce morza, różnego rodzaju ryby, czy świetnej jakości jagnięcinę i baraninę.

Jak już zgadliście w gościach u mnie raczej nie schudniecie, więc w niedzielę rozpoczęłyśmy dzień z full English Breakfast w dwóch wersjach – wegetariańskiej i mięsnej (świetne na kaca, ekhem). Po drodze wpadliśmy do małego sklepu na City Road, w którym można kupić produkty azjatyckie – poczynając od marynowanych uszu, a kończąc na pysznych Mochi z nadzieniem z czarnej fasoli, sezamu i masła orzechowego. Ekhem, pyszne to one były w teorii i w opakowaniu, bo niestety skończyły w koszu. Wieczorkiem pojechaliśmy na mecz hokeja – Cardiff Devils kontra Nottingham Panthers. Świetna atmosfera, jeśli ktoś ma dzieciaki to też można zabrać, bo fani są bardzo kulturalni. Zazwyczaj nie jestem fanką oglądania sportu, ale hokej na żywo jakoś mnie urzekł, pewnie dlatego, że w przerwach puszczają fatalną muzykę z lat dziewięćdziesiątych.

  

Mieliście kiedyś okazję odwiedzić Cardiff? 🙂

You Might Also Like